Masło czy margaryna? Pfff!

Miało być zupełnie o czymś innym. Nie ma nawet tego tematu na liście tematów zaplanowanych na tego bloga. Błąd. Skoro piszę o chlebie to wiadomo chlebuś z masełkiem. Nie, nie będziemy zastanawiać się masło czy margaryna. Oczywiście masło i tylko masło, bo to zdrowie i smak.

Dobry mąż zarabiał na chleb, a pracowity i obrotny zarobił nawet na chlebuś z masełkiem. Masło niby powszednie, a jednak luksus. Natchnął mnie kryzys maślany i cena sięgająca niemal 8 złotych za 200 gramową kostkę masła. Ceny niby spadły, ale i tak masło jest coraz droższe, a kostki coraz mniejsze. Oczywiście wśród rodaków rozwinęła się inwencja twórcza, zaczęli liczyć i porównywać oraz wymieniać się radami jak zdobyć masło taniej.

 

Kryzys maślany

Pamiętam inny kryzys maślany i masło na kartki. Sprawdziłam, bo nie pamiętam, ale jeżeli się mylę to mnie poprawcie. Jednemu obywatelowi przysługiwało pół kilo masła na miesiąc, 375 gram tłuszczu (margaryna? olej?), ale spokojnie było na czym smażyć, ponieważ można było jeszcze kupić 2 kilo smalcu. Nie wiem ile zjadacie masła, ale u mnie w domu schodzi około kostki na osobę na tydzień czyli około 800 gram miesięcznie na jednego obywatela. Wychodzi na to, że za kryzysu oszczędnie trzeba było z tym masełkiem.

 

Masło w komunie

Czasy komuny to czasy inwencji twórczej Polaków na najwyższym poziomie. Teraz możemy się tylko od nich uczyć i wykorzystywać. Miałam może 10-12 lat i pojechałam do mojej ciociu w odwiedziny. To był jakiś zjazd rodzinny, urodziny wujka albo jakaś rocznica. Pełen dom gości, przygotowania, ciasta, stół uginający się od różnych smakołyków. Przypominam, że były to lata osiemdziesiąte i wszystko na kartki. Nagle ciotka zaczęła lamentować

– Masło!!! Masła nikt nie ubił!!! Szeregówka – kostka w średnim miasteczku, meblościanka na połysk i tureckie dywany, Rozglądam się… Gdzie tu maselnica (maślenica) którą jeszcze kilka lat temu widziałam u babci. Gdzie oni chcą ubijać masło skoro przy ubijaniu maślanka chlapie się po całym pomieszczeniu. Tutaj, na tych dywanach?

Dzieci, wszystkie dzieci do kuchni!!! – krzyczy ciocia. Było nas z sześć sztuk w różnym wieku. Ciotka usadziła nas w kuchni na taboretach, każdemu dała po słoiku wypełnionym śmietaną i rozkazała – ubijać! Góra-dół-góra-dół i energicznie i mocno i szybko. Zabawa świetna, trochę ręce bolały, ale powoli, po 10 minutach śmietana zaczęła się maślić. Każdy z nas ubił ze 100 gram masła. Ciotka nie wiedziała, że właśnie przygotowała dla dzieci świetna animację i warsztaty. Byliśmy zachwyceni, że takie cuda ze słoikami robiliśmy, asystowaliśmy potem cioci przy płukaniu masła i dostaliśmy w nagrodę po kubku maślanki.

 

Kto dzisiaj ubija śmietanę?

Kiedy ceny masła zaczęły zbliżać się do przysłowiowej „paczki fajek”, a nie spożywki przypomniałam sobie ciotkę, kuchnię w szeregówce i słoiki. Kupiłam pół litra śmietany, wzięłam słoik i zaczęłam ubijać. Córka młodsza patrzyła się na mnie z przestrachem. Ubijałam 10 minut….nic! Następne 10 minut… dalej nic! Śmietana trochę zgęstniała, ale nie zaczęła się maślić.

Tym razem się poddałam, ale zaczęłam zastanawiać się gdzie jest błąd. Poszukałam przyczyn u innych gospodyń piszących w sieci o swoich przygodach z masłem. Dowiedziałam się, że śmietana musi być schłodzona, mieć minimum 30% oraz żadnych, ale to żadnych dodatkowych składników. Musi być sto procent śmietany w śmietanie, a najlepiej żeby była od chłopa. W naszej okolicy – ani chłopa, ani krowy.

Ceny masła zaczęły spadać i tym razem odpuściłam, ale jestem już przygotowana i wyedukowana tylko muszę znaleźć tą stuprocentową śmietanę w śmietanie. Jeszcze kilka lat temu miałam małą skrzyneczkę z pamiątkami z komuny. Było 5 złotych z rybakiem i stówka z Waryńskim oraz chyba ostatnie, niezrealizowane kartki na mięso. Przyszedł styczeń i coroczna licytacja na WOŚP. Młodzież zbierała fanty, dałam jakiś stary kufel, jakieś książki, ale miałam poczucie, że to mało. Chodziłam i rozglądałam się po domu i nagle eureka!!! Skrzyneczka z pamiątkami. Wzięłam ramkę i włożyłam tam stówkę, piątaka z rybakiem i te ostatnie kartki na mięso. Zlicytowano to jako „Pamiątka po komunie” za całkiem przyjemną kwotę. Tak właśnie kryzysowe kartki wsparły WOŚP i znowu sprawiły komuś radość.